Ja miałem więcej szczęścia niż rodzina Smolińskich z Kanigowa. W wakacje odwiedził mnie syn przedwojennego właściciela poniemieckiego domu, w którym mieszkam, podobnie jak Smolińscy i tysiące Polaków nie tylko na Mazurach. Przyjechał z tłumaczem. Przywitał się uprzejmie. Oprowadziliśmy go po domu. Wskazał pokój, w którym się urodził. Opowiadał, o tym, co z nidzickich czasów pozostało w jego pamięci. Na koniec wizyty dał swoją wizytówkę i paczkę niemieckiej kawy.
Dlaczego wizyta Heinricha Lukaschewskiego u Smolińskich w Kanigowie nie zakończyła się podobnie? Bo wiele lat temu błąd w papierach zrobił urzędnik nidzickiego ratusza. I do dziś nie usłyszałem słów, które dawno powinny paść. To nie rodzina Smolińskich powinna stawać przed sądem, a władze samorządowe Nidzicy. Koniec. Kropka.









